OPPOsite

Opposite nr 3

Polityka wymazywania. Pamięć, etos, reprezentacja oraz tyrania idei i widzialności.

Anna Sikora-Sabat / Romantyczna kreacja i socjalistyczne wymazywanie: reprezentacja Vincenta van Gogha w polskiej prasie doby PRL.

W niniejszym artykule chciałabym skupić się na prezentacji mechanizmu powstawania dyskursu o Vincencie van Goghu w polskiej prasie w okresie trwania PRL i jego reprezentacji powstałej w wyniku strategii mitologizacji i wymazywania.

W latach sześcdziesiątych ubiegłego wieku polski badacz Jan Balicki przeprowadził badania, które wykazały, iż najpopularniejszym i najbardziej rozpoznawalnym malarzem zagranicznym w PRL był holenderski artysta Vincent van Gogh (Balicki 1974: 108). W 1962 roku Muzeum Narodowe w Warszawie zorganizowało wystawę jego prac, która cieszyła się ogromną popularnością; van Gogh stał się wówczas bohaterem licznych artykułów prasowych. Wystawa była niemal w całości oparta na zbiorach muzeum Kröller-Müller w Otterlo w Holandii, zaledwie niewielki procent dzieł van Gogha wypożyczony został z innych instytucji wystawienniczych, ale także holenderskich, takich jak Rijksmuseum i Stedelijk Museum w Amsterdamie, Museum Boymans van Beuningen w Rotterdamie, Gemeentemuseum w Hadze. O pomoc zwrócono się także do holenderskich kolekcjonerów prywatnych, którzy posiadali większy zbiór prac artysty. Efektem tej współpracy była duża wystawa, po raz pierwszy prezentująca polskiej publiczności przegląd twórczości van Gogha. Otwarciu wystawy towarzyszył szereg imprez z udziałem gości z Holandii, a samą ekspozycję ilustrował katalog, będący kopią katalogu Rijksmuseum Kröller-Müller, wzbogaconą kilkoma esejami polskich badaczy, między innymi Jana Białostockiego. W Muzeum Narodowym w Warszawie znalazło się 100 (Witz 1962: 3) lub – jak podają inne źródła (Sztekker 1962: 6) – 101 dzieł holenderskiego malarza. Prezentacja dzieł Vincenta van Gogha wzbudziła duże zainteresowanie prasy, głównie ze względu na fakt, iż była to pierwsza tak duża ekspozycja prac tego malarza w Polsce. Liczne publikacje ukazały się w czasopismach różnego rodzaju, zarówno dziennikach i tygodnikach („Życie Warszawy”, „Polityka”), jak i periodykach o charakterze kulturalnym lub kulturalno-literackim („Twórczość”, „Kamena”). Ich autorami byli w większości krytycy sztuki, m. in. Barbara Michałowska, Andrzej Osęka, Joanna Guze czy Ewa Garztecka; były to zarówno recenzje, jak i rozprawy dotyczące artysty, jego twórczości i życia. Samą wystawę oceniano raczej bardzo pozytywnie; cieszyła się ona olbrzymim powodzeniem, odwiedziło ją ok. 220 tys. widzów. W związku z tym uzasadnione wydawały się próby zgłębienia istoty tej popularności. Część recenzentów tłumaczyła ten fenomen faktem rozpowszechnienia informacji o tym wydarzeniu w prasie, a także zakładach pracy oraz swoistą „modą na van Gogha” („Tygodnik Powszechny” 1962: 6). Inni szukali odpowiedzi na to pytanie w dość enigmatycznie ujmowanym uniwersalizmie jego twórczości:

(…) niezwykle istotnym faktem przyciągającym tłumy zwiedzających jest współczesny charakter malarstwa twórcy zmarłego w 1890 roku, wspólny klimat emocjonalny naszej epoki i malarstwa „koloru sugestywnego”, rezonans, jaki twórczość van Gogha znalazła w naszych skomplikowanych, pełnych atomowej grozy czasach (…). (Kamiński 1962: 13).

Wspominano tragiczną biografię malarza, pisano o „straszliwej kalwarii niezrozumienia, pogardy, straszliwej kalwarii męki, zakończonej samobójczą kulą” (Witz 1962: 3). Publicyści opisywali dzieje van Gogha jako tragiczne, wyłaniał się z nich obraz człowieka nieszczęśliwego, okrutnie skrzywdzonego przez los, ale heroicznie stawiającego czoła wszelkim przeciwnościom i, dodatkowo, pozostającego wiernym swym ideałom. Wyjaśniano, iż „widz patrzy na obraz inaczej niż artysta, inaczej niż koneser. Bierze go przede wszystkim jako część legendy życia artysty. Im jest ona bliższa, czytelniejsza, tym więcej emocjonująca będzie jego twórczość, tym łatwiej zaadoptuje dzieło” (Michałowska 1962: 6), usprawiedliwiano więc w jakimś stopniu postrzeganie twórczości malarza poprzez pryzmat jego biografii, ważniejsza niż obrazy stawała się „legenda”.

Najbardziej rozpowszechnionym poglądem było przekonanie, że van Gogh był malarzem prostych ludzi, którego twórczość „realizuje pewne ogólnoludzkie wartości, sprawy codzienne i ostateczne, radość i smutek, opętanie miłością i nienawiścią, afirmuje pracę ludzką, wyraża obawę śmierci” (Kamiński 1962: 13). Artystę nazywano nawet „najpopularniejszym malarzem mas zachodnich” i twierdzono, iż mógłby stać się najpopularniejszym po Matejce malarzem mas polskich (Michałowska 1962: 6).

O tematyce jego dzieł pisano:

(…) jest to przede wszystkim malarz ludzi (…), ludzi przy pracy. Górnicy z Borinage, kobiety niosące węgiel, kobiety łatające bieliznę, chłopi przy pracy w polu. (…) Bo wreszcie jest to prawdziwy malarz ludu. A właściwie malarz ludzi prostych, pracujących. (Michałowska 1962: 7).

Nie próbowano przy tym zgłębić intencji malarza, za pewnik przyjmując fakt, iż jego wybór prostych ludzi jako modeli brał się z umiłowania „wartości ogólnoludzkich.”

W kontekście powyższych wypowiedzi ciekawy wydaje się dobór słownictwa w artykułach o wystawie i towarzyszących jej opisach twórczości van Gogha. Wszystkie charakteryzuje bowiem duże nacechowanie emocjonalne, mające podkreślać niezwykłość i wielkość malarza i jego twórczości, pisano o „najwyższych wartościach jego dzieł”, „namiętności”, „zatraceniu” czy też „najwyższym stopniu artystycznego wyzwolenia” (Witz 1962: 3) Z podobną emfazą pisano także o wpływie twórczości van Gogha na polskiego widza:

Ten prawdziwie uniwersalny ludowy malarz europejski pozwoli lepiej niż inni wyrobić wrażliwość polskiego konsumenta sztuki wobec całego szokującego go do tej pory dziedzictwa XX wieku. (Michałowska 1962: 7).

Przypisywało się więc twórczości van Gogha także rolę edukacyjną – jego obrazy mają tak dużą siłę przekonywania, że będą w stanie w jakiś sposób wpłynąć na widza, uwrażliwić go na sztukę szerzej pojętą (Michałowska 1962: 6). Podkreślano także drogę malarza od amatora i samouka do mistrza, dążono do ukazania tych cech, które wydawały się być ideologicznie poprawne, a więc jego ubóstwa, braku wykształcenia akademickiego oraz braku akceptacji i zrozumienia wśród bogatych, burżuazyjnych elit. Ważnym elementem konstruowania wizerunku malarza miało być także nawiązywanie do tradycji narodowej – publicyści widzieli w van Goghu kontynuatora dzieła Rembrandta (Majewska 1965: 7), czerpiącego inspirację z holenderskich pejzaży i martwych natur.

Wśród zachwytów i pełnych entuzjazmu opisów geniuszu van Gogha, rzadkością były takie głosy jak ten Z.H. (Zbigniewa Herberta) z „Twórczości”:

Nie chcę udawać, że należę do grona wtajemniczonych. Widziałem wiele obrazów van Gogha, ale każde zetknięcie z tym malarzem pogłębia moją bezradność. Podejrzewam, że wtajemniczeni w dzieło mistrza nie istnieją. (Z.H. 1962: 152).

Krytyka Herberta miała jednak więcej wspólnego z jej osobistym stosunkiem do twórczości van Gogha, niż z wystawą i jej organizacją jako taką. Fakt ten dość dobrze ilustruje charakter większości polskich tekstów publicystycznych dotyczących van Gogha, zarówno recenzenckich, jak i niezwiązanych bezpośrednio z wystawami – w znakomitej większości są one tym, co Michał Głowiński nazwał „krytyką impresjonistyczną” (Głowiński 1977: 119), czyli raczej sejsmograficznym niż intelektualnym zapisem wrażeń powstających u publicystów w efekcie kontaktu ze sztuką van Gogha lub też demonstracją bardzo osobistego, subiektywnego stosunku do artysty. Taka swoista emocjonalizacja odbioru dzieł van Gogha sprawiała, iż twórczość tego artysty dobrze wpasowała się w socjalistyczny model sztuki, bazujący na oddziaływaniu na emocje widza. (Zwierzchowski 2000: 74).

W tekstach przeważa fascynacja malarzem, która w wielu przypadkach przekłada się bardziej na zainteresowanie jego dramatyczną biografią niż samymi dziełami. Życie van Gogha staje się tu dramatem porównywanym do kalwarii (Witz 1962: 3), a wszelkie decyzje i poczynania malarza tłumaczone są jego autentycznym powołaniem i prawdziwym poświęceniem dla sztuki, wynikającym z jego niezwykłego podejścia do malarstwa (Sztekker 1962: 3). Podkreślano w końcu prostotę jego twórczości, która miała polegać na użyciu niewyszukanych środków i ekspresji (Kamiński 1962: 13). Nieco dramatyczny i wzniosły charakter tych artykułów sprawia, że dokonuje się tu swoista mitologizacja artysty, który staje się niemalże męczennikiem, oddającym życie za swoje poglądy i sztukę (Witz 1962: 3).

Z większości tekstów towarzyszących wystawie wyłania się dość jednolity obraz van Gogha jako artysty przeklętego, niezrozumianego, obdarzonego niezwykłym talentem, a także jakąś ponadprzeciętną wrażliwością, która pozwala mu dostrzec wartość i piękno w prostych ludziach. Uderza natomiast brak rzetelnej analizy jego twórczości; żaden z recenzentów nie ocenia również wystawy pod kątem zgromadzonych na niej eksponatów. Oceny twórczości van Gogha, a także postaci samego malarza są niezwykle emocjonalne i nie poparte rzeczową argumentacją. Przeważa w nich czynnik wrażeniowy, niewątpliwie mający również wpływ na emocjonalizację ich odbioru przez czytelnika. Ten heroizowany obraz van Gogha jako męczennika sztuki ukierunkowuje także recepcję jego dzieł, zdając się do pewnego stopnia wykluczać obiektywizm, jak zauważa w swojej recenzji wystawy Zbigniew Herbert. To legenda twórcy ma w tym przypadku znaczenie, a nie to, jak i co malował. Taka kreacja artysty zawładnęła wyobraźnią polskiego odbiorcy na długie lata. Na powystawowej fali popularności van Gogha w roku 1964 wydano zbiór jego listów do brata, opatrzonych wstępem Joanny Guze, który doczekał się również kilku recenzji w prasie, m.in. autorstwa Andrzeja Osęki. Wydawałoby się, że listy samego artysty mogłyby nieco zobiektywizować jego obraz, jednak zarówno wstęp, jak i sam fakt selekcji korespondencji spowodował, iż wizerunek artysty nie różnił się wiele od tego, który został wykreowany po wystawie. Vincent van Gogh z listów do brata i ich prasowych recenzji jest jednostką nadwrażliwą, twórcą nierozumianym, artystą przeklętym, ale zarazem nietkniętym dekadencją, od której wyraźnie się odżegnuje. Boryka się z trudnościami życiowymi, takimi jak ubóstwo, choroba i głód. A wszystko to znosi w imię ideałów, w które wierzy, które każą mu porzucić mieszczański żywot i zamieszkać wśród ubogich ludzi, stanowiących według niego o samej istocie człowieczeństwa. Do takiej pełni człowieczeństwa Vincent-malarz dąży przez ciężką pracę. Talent i geniusz tu nie wystarczają, człowiekiem w pełni może się stać tylko artysta, który jest w stanie poświęcić się najwyższemu celowi, którym jest sztuka rozumiana jako pochylenie się nad wszystkim, co „zranione i podeptane”. Wizerunek artysty został tu wzbogacony dodatkowo nieco bardziej mrocznymi elementami, takimi jak niezwykłe skoncentrowanie na własnej osobie, egoizm czy wybuchowość. Nie są to jednak cechy na tyle znaczące, by obalić mit Vincenta-proroka. Andrzej Osęka w swojej recenzji zbioru nazywa go „pamiętnikiem człowieka, którego życie wypełnione było gestami o charakterze, o rozmachu ostatecznym, wypełnione było poświęceniem, cierpieniem, nędzą – aż do »dna upadku«, aż do »granic człowieczeństwa«” (Osęka 1964: 268). I choć dostrzega w listach człowieka trudnego, egoistycznego, to jednak sam wpisuje publikację w nurt tekstów niemalże mitologizujących van Gogha, pisząc o nim jako o „proroku”, „bohaterze naszych czasów, o pewnego rodzaju świętym, męczenniku, który – po życiu niebywale namiętnym – zginął za swoje malarstwo, za nasze malarstwo” (Osęka 1964: 268).

Większość artykułów dotyczących Vincenta van Gogha, przy całym nacisku kładzionym na jego biografię, przemilcza te jej elementy, które nie pasują do konstruowanego tu mitu: starannie unika się wspominania o jego pochodzeniu, jednocześnie podkreślając fakt, iż zarówno jego twórczość, jak i osoba nie znajdowały akceptacji wśród przedstawicieli „bogatej burżuazji”, podobny problem sprawiała publicystom choroba psychiczna malarza: żaden z nich właściwie nie używa tego określenia, mówi się o epilepsji mózgowej czy też po prostu niezykłej nadwrażliwości, niezrozumieniu i załamaniu nerwowym, pobyt w klinice dla psychicznie chorych natomiast traktuje się jak swoisty wypoczynek, ponieważ Vincent „nie jest wariatem, jak pozostali pacjenci”. Kolejnym wymazanym z biografii artysty aspektem są jego związki z kobietami, przede wszystkim te z prostytutkami; jednocześnie jednak podkreśla się wielokrotnie, iż był bardzo nieszczęśliwy z powodu niespełnionych miłości. Nie wspomina się również o gwałtownym usposobieniu artysty, jego skłonności do alkoholu, a także fakcie, iż wykorzystywał finansowo swojego brata, Theo. Pozostaje jedynie wizerunek artysty przeklętego, niezrozumianego przez współczesnych romantyka, jak zauważa Barbara Michałowska:

Prawdziwy artysta od czasów romantyzmu powinien mieć tragiczne życie. Van Gogh jest biedny – ale z dobrej woli. Odrzucił spokojny los zamożnego mieszczucha na rzecz sztuki. A artysta powinien cenić bardziej niezależność od dóbr światowych i wysokich urzędów. (Michałowska 1962: 7)

Mit, który powstał wokół postaci van Gogha jest mieszanką sprzeczności, kreacji i wymazywania, usuwania, kasowania, ponieważ „mit niczego nie ukrywa i niczego nie ujawnia: mit zniekształca; mit nie jest ani kłamstwem ani wyznaniem: jest naginaniem.” (Barthes 1957: 261) Naginanie w tym wypadku staje także niejako oswajaniem, próbą naturalizacji postaci malarza i dostosowania jej do potrzeb narodowych, polskich; socrealistycznych, i jednocześnie romantycznych, jak pisał Roland Barthes: „mity są tylko nieustannym, niezmordowanym naleganiem, podstępnym i nieugiętym żądaniem, by wszyscy ludzie rozpoznali się w tym wiecznym – a przecież powstałym w określonym czasie – obrazie (…).” (Barthes 1957: 292). Tak wykreowana biografia artysty zawładnęła wyobraźnią zbiorową polskiego odbiorcy, przyczyniając się niejako do trwałego zafałszowania pamięci o nim.

Balicki J., Amsterdamskie ABC, Warszawa 1974.

Barthes R., Mitologie, tłum. A. Dziadek, Warszawa 2008

Kamiński R., Van Gogh bliski [w:] „Kamena”, 1962, nr 21, s. 13.

Majewska B., Holandia malarska [w:] „Polityka”, 1965, nr 30, s. 7.

Majewska B., Powszednie świętowanie. Holandia malarska [w:] „Polityka”, 1965, nr 33, s. 12.

Michałowska B., Van Gogha smutna popularność [w:] „Twórczość”, 1962, nr 12, s. 152-153.

Michałowska B., Van Gogh- malarz ludowy [w:] „Polityka”, 1962, nr 48, s. 6-7.

Osęka A., Vincent van Gogh „Listy do brata" [w:] Nowe Książki”, 1964, nr 6, s. 267-268.

Sztekker E., Dzieła van Gogha w Warszawie [w:] „Głos Nauczyciela”, 1962, nr 43, s. 6.

Van Gogh V., Listy, tłum. J. Guze. M. Chełkowski, wstęp J. Guze, Kraków 1964.

Vincent van Gogh. Obrazy i rysunki, wystawa dzieł ze zbiorów muzeów holenderskich, Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa 1962.

Witz I., Vincent van Gogh [w:] „Życie Warszawy”, 1962, nr 243, s. 3.