OPPOsite

Opposite nr 3

Polityka wymazywania. Pamięć, etos, reprezentacja oraz tyrania idei i widzialności.

Marcelina Szumer, Paweł Wieczorek / Ścięci do schematu. Czy dziennikarz jest jeszcze autorem, czy już tylko maszyną do pisania?

„Redaktor tygodnika sprawdzał mój tekst i miał tylko jedno pytanie: czy mogłaby się wypowiedzieć w nim druga strona, czyli ofiara? Ofiara nie mogła się wypowiedzieć, bo nie żyła, o czym napisałam już na wstępie. Nie był zażenowany. Gdy takie dziwadła sprawdzają w ekspresowym tempie jeden tekst po drugim, to dobrego wkładu raczej w artykuł nie wniosą. Po takich ludziach dla pewności czytam tekst jeszcze kilka razy”1 - mówi jedna z dziennikarek, odpowiadając na pytania przygotowane na potrzeby niniejszej publikacji. Tematem artykułu jest przetwarzanie i skracanie - zwykle niezauważalne dla czytelnika - artykułów prasowych bez wiedzy jego twórcy, a często wręcz przy jego sprzeciwie. To jeden z podstawowych problemów twórczości dziennikarskiej, która codziennie poddawana jest obróbce redaktorskiej. W takiej sytuacji dziennikarz zwykle czuje się bezsilny - wszak jest podwładnym redaktora – i nic dziwnego, że zmiany w tekstach są istotnym tematem dyskusji, sporów i frustracji dziennikarzy pracujących w tygodnikach i dziennikach. I właśnie o bezsilności twórcy w zderzeniu z terrorem hierarchii traktuje niniejszy artykuł.

Dziennikarskie teksty przez swą masową obecność coraz rzadziej kojarzone są z twórczością, z dziełem spójnym, stworzonym po to, by wpływać na duchowość czytelnika. Tymczasem artykuł jest autonomicznym dziełem, zaś informacje w nim zawarte są tworzywem zebranym i wybranym przez dziennikarza. Ten ostatni posiada prawa autorskie do publikacji artykułu2, które wydawnictwo musi od niego odkupić (mówią o tym stosowne zapisy w kontraktach, umowach o pracę lub o dzieło), jeśli chce powielać utwór w druku lub Internecie (i we wszelki inny możliwy obecnie technicznie sposób - umowy wymieniają ich co najmniej kilkanaście). Nawet po odkupieniu praw do publikacji tekstu autor pozostaje jego autorem, sygnując go swoim imieniem i nazwiskiem.

Czy po kupieniu obrazu nowy właściciel z zapałem przystępuje do jego przemalowania? Nie, bo kupił dzieło takim, jakim je zastał. Chyba, że jest mecenasem lub klientem, który omówił przyszły wygląd dzieła z jego twórcą i oczekuje, że dostanie to, czego chce. Z jakiego powodu tekst jest zmieniany? Z tych samych powodów. Mówiąc najogólniej – jest zmieniany, bo nie podoba się redaktorowi, który występuje tu jako klient zamawiający określone i omówione wcześniej dzieło. Artykuł jest też zmieniany dlatego, że redaktor – jako dziennikarz - napisałby go inaczej.

Autorzy niniejszej publikacji zbadali reakcje dziennikarzy na zmiany, dokonywane na etapie gotowego dzieła, jakim jest artykuł. Przystąpili więc do badania w momencie, gdy tekst jest już napisany przez dziennikarza i trafia do redaktora. Zakładają przy tym, że autor dołożył wszelkich starań, by stworzyć tekst taki, jaki zamówił u niego redaktor. Więcej - zakładają, że autor miałby wszelkie kwalifikacje, by również kompetentnie pracować nad artykułami innych dziennikarzy jako redaktor.

Aby znaleźć się jak najbliżej powyższych założeń starannie wybrano dziennikarzy poproszonych następnie o udzielenie odpowiedzi na 12 pytań, które odnoszą się do ich współpracy z redaktorem. Starannie, czyli jak? Autorzy wykorzystali znajomość środowiska dziennikarskiego. O udzielnie pisemnych (mailowych) odpowiedzi poprosili 16 osób - 9 kobiet i 5 mężczyzn. 4 kobiety oraz wszyscy mężczyźni odmówili. 3 osoby tłumaczyły, że nie chcą mieć kłopotów w pracy (mimo zapewnienia im anonimowości), reszta nie chciała podać przyczyn odmowy. Pozostała siódemka obszernie odpowiadała na pytania.

Respondentki pracują w największych dziennikach i tygodnikach opinii (ich tytuły zastąpiliśmy kolejnymi nazwami greckich liter). Na potrzeby niniejszego tekstu, autorów opisujemy liczbami porządkowymi od 1 do 7 (nadawanymi w przypadkowej kolejności). Jako że niejednokrotnie istotne jest, do jakiego rodzaju pisma pisze dana osoba, przypisaną jej liczbę łamiemy znakiem ”/” przez T (tygodnik) lub D (dziennik). Każda z osób biorących udział w badaniu pracuje przynajmniej sześć lat w mediach, jest ceniona w środowisku za dobrą jakość tekstów i za warsztat pracy. Cztery z siedmiu osób, które odpowiedziały, nominowane były do Grand Press - najważniejszej nagrody dziennikarskiej w Polsce, zaś jedna jest jej laureatką.

Wchodząc jednak w samą materię tekstu autorzy niniejszego opracowania zauważają, że właściwie nie ma złego tekstu, jeśli przyjmiemy, iż jest on dziełem sztuki, ponieważ współcześnie dzieło nie podlega kategorii estetycznej. Obecnie piękno nie jest przecież paradygmatem sztuki, a sztuką bywa to, co nazwie się sztuką. Nie ma więc złego artykułu, jeśli autor uważa, że pracując nad nim dołożył należytej staranności i stworzył „dobry” tekst. Praktyka jest bardziej skomplikowana, ponieważ oczywiście istnieją artykuły „złe” - pozbawione niezbędnych warsztatowo elementów, nierzetelne i niestaranne, wymagające poprawy. Byłoby stratą czasu dyskutowanie o nich w kontekście tematu niniejszego artykułu, poprosiliśmy więc autorów o odnoszenie się głównie do tych tekstów, które w zmianach dokonanych przez redaktora, zawierały niezaprzeczalne błędy. Ponadto wiele redakcyjnych zmian w tekście dotyczy nie „poprawek”, lecz dostosowania go do stylu pisania w danym wydawnictwie, do tezy (która stworzona jest poza autorem) lub do zmieniającej się sytuacji w redakcji albo poza nią - w świecie, który jest opisywany przez artykuł. Dlatego twórca – jak wynika z przeprowadzonych wywiadów – nie czuje, że po zmianach jego tekst jest „wreszcie dobry”. Zwłaszcza, że jeśli - zdaniem doświadczonego dziennikarza - tekst jest „dobry”, nie ma powodu przyjmować, że redaktor (osoba zwykle posiadająca podobne kompetencje i umiejętności, co utalentowany dziennikarz z wieloletnim stażem) bliższy jest jakiejś obiektywnej prawdy o „dobrym tekście”, gdy go czyta, gdy odbiera go według własnych doświadczeń i znanych mu pojęć, po czym wprowadza do niego zmiany. Tak to ujmuje jedna z badanych dziennikarek: „Zmiany zdarzają się znacznie częściej, niż bym sobie życzyła. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby redaktor zmieniał teksty na lepsze. Niestety, przy obecnym spadku jakości drukowanych treści, pogoni za sensacją, za mięsem, a przede wszystkim za sensacyjnym mięsem celebrytów, teksty po redakcji przybierają kształt, którego nierzadko się wstydzę. Często jest za późno, żeby zareagować. Pozostaje tylko się gęsto tłumaczyć” (3/T).

Tu należy doprecyzować, że choć słowo „redaktor” występuje w niniejszej publikacji zwykle w liczbie pojedynczej, to dziennikarski tekst często przechodzi cały szlak zmian - od redaktora działu, sekretarza redakcji, redaktora naczelnego, po grafika (większe lub mniejsze zdjęcie na stronie, wielkość tytułu, miejsce na wyimek). Tyle okazji do zmian w artykule zaprzecza istnieniu jakiejkolwiek obiektywnie „poprawionej” wersji artykułu, który przekształca się wciąż i wciąż, w zależności od postrzegania go przez kolejnych redaktorów.

Czy dziennikarz walczy o wycofanie, anulowanie tak wielu zmian? Co robi, gdy nie zapobiegnie przekształceniom? Odpowiedzi na te pytania autorzy publikacji udzielają, analizując ankietowe wypowiedzi badanych osób. Także na ich podstawie daje się wyodrębnić trzy sposoby zmian wprowadzanych w tekstach: przetwarzanie, podrasowanie i skracanie.

Przetwarzanie

Przetwarzanie (czyli zmiana tez, treści, wypowiedzi, słów, kolejności akapitów i inne) to sposób dokonywania zmian w tekście, który – zdaniem badanych dziennikarzy - najbardziej odziera ich artykuły z pierwotnej formy i treści. Choć przetwarzanie nie jest dosłownym wycinaniem tekstu, to twórca zdeformowanego (jego zdaniem) artykułu mówi wręcz o pozbawianiu go autorstwa. Przy czym dziennikarz pracujący w tygodniku miewa szanse na obejrzenie gotowego do druku tekstu (choćby w wersji PDF) i na protest, autor z gazety codziennej zwykle nie ma takiej możliwości – ostateczne wersje przesyłane są do druku nawet po północy. Za to wszyscy solidarnie czują się bezsilni, gdy ich artykuł trafia w redakcyjne tryby. Bezsilność ta ujawnia się szczególnie, gdy artykuł przesyłany jest z redakcji lokalnej do redakcji centralnej danego pisma, o czym mówi jedna z badanych: „Najgorzej było, gdy pracowałam w lokalnym oddziale dziennika <Alfa>. Zdarzało się, że teksty były wysyłane do Warszawy i szły w głównym grzbiecie. Raz, miałam wrażenie, zgadzał się tylko temat i moje nazwisko pod tekstem. Nikt mnie nie pytał, czy może przekopać mój tekst jak ogródek” (5/T).

W naturze zmian tekstu leży też wciąganie w nie kolejnych osób – bohaterów i komentatorów artykułu, którzy są podwójnie bezsilni: to dziennikarz decydował o ich obecności w tekście oraz o roli, jaką w nim grają. Postać w artykule (która jest tylko odbiciem realnego bohatera, jego pierwowzoru, ponieważ dziennikarz sam decyduje, jak go opisze) oraz jej wypowiedzi przekazywane są następnie we władanie redakcji. „Raz zrobiłam dwa wywiady, a redaktor przerobił go w taki jeden naprzemienny. Wkurzyłam się, bo rozmówcy autoryzowali rozmowy, a w gazecie zobaczyli strzępki i to jeszcze w towarzystwie kogoś innego. Jedyny plus to taki, że w Internecie daliśmy całą wersję3. (1/D)

Gra o tekst między dziennikarzem a redakcją zwykle jest niezauważalna dla czytelnika papierowej wersji. Nie wie on, do jakiego stopnia artykuł jest przetworzony i omyłkowo uważa wydrukowany tekst za oryginał. Współczesny świat pełen jest podobnych kopii bez oryginałów, a nawet, jeśli oryginałom udało się przetrwać w rzeczywistości, są one ukryte za swoimi kopiami. Jean Baudrillard przytacza przykład jaskiń w Lascaux, które – aby nie niszczyli ich turyści - zamknięto dla zwiedzających, tworząc obok nich dokładne repliki. Przez wizjer widać fragmenty oryginałów, ale zwiedza się rekonstrukcje - kopie dokładniejsze, podobno „lepsze” od oryginałów4. Analogicznych przykładów obrazujących „symulakryczność” współczesnego świata, dostarcza Umberto Eco, nie bez ironii opisujący amerykańskie muzea figur woskowych, parki rozrywki czy tak zwane Ripley’s Museum, proponujące widzowi kopie – falsyfikaty dzieł i rzeczywistości – najlepiej w skali jeden do jednego, zawsze jednak „doskonalsze” niż to, co naśladują5. Tekst nie jest jednak kopiowany, lecz zmieniany, tym gorzej więc dla tekstu. Zwłaszcza, gdy wprowadzający zmiany redaktor funkcjonuje w innej rzeczywistości lingwistycznej i semantycznej, niż autor. Wtedy pojawia się błąd, jak w tym przypadku: „Zmiany z pomyłkami zdarzają się permanentnie. Dla redaktor [...] słowa <uniewinnienie> i <ułaskawienie> są synonimami. Napisaliśmy z kolegą tekst o UŁASKAWIENIU Zbigniewa Sobotki przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ona zaś z ułańską fantazją pozamieniała sobie w dowolnych miejscach to <ułaskawienie>, czyli AKT ŁASKI, na <uniewinnienie>, bo tak jej się bardziej podobało. Wywołało to naszą frustrację, by nie nazwać tego kurwicą,” (4/D).

Artykuł – a dokładniej cała jego materia złożona ze słów i znaczeń - staje się więc polem bitwy albo stołem operacyjnym, na którym opowiedziana (a więc już raz przetworzona przez autora) historia poddawana jest kolejnym, nie tylko kosmetycznym, obróbkom. To nie salon spa, w którym wykonywany jest delikatny manicure. To rzeźnia, w której całość dzieli się na kawałki, kawałki podmienia z innymi kawałkami, przeszczepia inny mózg, a całość zszywa grubymi (choć - w zależności od umiejętności redaktora - mniej lub bardziej widocznymi) szwami, o czym mówi jedna z badanych: „Można zmieniać tekst, ale w granicach rozsądku, dopóki zachowany jest jego sens. Bo niszczenie stylu autora to już norma” (6/T). Myśl tę kontynuuje inna dziennikarka: „Kiedy redaguje naczelny to wiem, że będą duże zmiany. Ma własną wizję świata i lubi, gdy ten świat się do niej dopasowuje” (4/D) – wspomina i podaje przykład: „Pisałam tekst o cenach paliw. To była jedynka w czasach, kiedy wszystkich przerażało widmo 5 złotych za litr benzyny 95. Tekst zawierał niezbędne informacje: analitycy mówią, że na cenę benzyny składa się akcyza, VAT i mnóstwo innych danin, zaś koszt samej ropy naftowej to tylko ułamek tego, co płacimy na stacjach. Nikt nie miał pytań. Oniemiałam, kiedy rano przeczytałam tekst w gazecie. Zostałam autorką żarliwego apelu do polskich polityków o obniżenie stawki VAT na paliwa w całej Unii Europejskiej, co ma nas uchronić przed wzrostem cen benzyny do tych 5 złotych i to jeszcze przed wakacjami. W tekście wypowiadał się jeden z polityków partii rządzącej, który mówił, że to rozsądne rozwiązanie, że powinno się apelować o takie rzeczy, bo to słuszne. Moja furia skupiła się na naczelnym, który - jak się okazało - był inspiratorem i autorem tego badziewia, które podpisano moim nazwiskiem. Zadzwoniłam do kilku ekspertów, którzy wyjaśnili, że zmiany postulowane w artykule są bezsensowne, bo proces ich dokonywania w UE trwałby jakieś kilka lat. Ale nie było mowy o sprostowaniu. Udało mi się tylko wywalczyć przeprosiny naczelnego oraz fakt, że przestał się upierać przy wymyślonej przez niego akcji, która znikła w pomrokach kolejnych publikacji, gdyż, jak wiadomo informacja w gazecie żyje jeden dzień6” (4/D). Tekst, w którym autorzy starali się opisać rzeczywistość jako świadkowie, po zredagowaniu „krzyczał” zamiast mówić, informować. Dziennikarze nie byli już świadkami rzeczywistości, lecz jej kreatorami. Aktywni, choć w swojej wersji tekstu byli pasywni. Ich „awatary”, powołane do życia przez naczelnego, ruszają przed siebie ze sztandarem w dłoniach, ale ścieżka, którą kroczą, kończy się przepaścią, ponieważ została wytyczona przez ślepca - niedoinformowanego redaktora.


Podrasowanie

W „podrasowaniu” więcej jest z dodawania, niż z niezrozumienia (jak bywało w „przestawianiu”). Ale dodawanie przez podrasowanie nie wprowadza nowej, niepowtarzalnej jakości do tekstu. Przeciwnie - zmiany w artykule stają się ujednolicaniem, dostosowywaniem do stylu pisma, zaś redaktor nie jest dla autorów twórcą, czyli kimś, kto rozwija ich myśli. Raczej jest barbarzyńcą, który nowe treści wyrzyna tępym nożem w dostarczonej mu żywej materii artykułu. „Kiedyś napisałam tekst do tygodnika <Gamma> i może nie tyle był nie do poznania, co zawierał dużo infantylnych wkrętów, tak zwane <ugammowienie> tekstu, czyli jechanie <gammową> sztampą, nawet podopisywano wypowiedzi bohaterom. W redakcji nie widzieli problemu: <to normalne, że się dopisuje, podkręca>. A ja odpowiadam za bohatera i przed nim” – mówiła w wywiadzie jedna z dziennikarek (7/T). Inna samodzielnie, z niesmakiem i wbrew sobie, musi stworzyć tekst, który będzie dopasowany do okrojonych oczekiwań redakcji: „Sztampa absolutna. A co najgorsze - redaktorzy z góry narzucają treść. To znaczy każą pisać tekst pod tezę, przy wykorzystaniu z góry narzuconych bohaterów, specjalistów, o z góry narzuconym kształcie. Czasem są na tyle bezczelni, że mówią: <masz znaleźć celebrytę, który przyzna się do czegoś tam, bo inaczej tekst nie pójdzie>. Rezygnuje się z wnikliwych analiz tematu, po których dopiero można ryzykować postawienie tezy. Teraz teza jest pierwsza, a cała treść dopasowana pod schemat” (3/T). Taki sposób działania jest dobrą ilustracją tytułowego „ścięcia do schematu”. Czasem ów schemat jest niemal formalnie zapisany w dziennikarskich obowiązkach: „Kiedy pracowałam w tabloidzie <Beta> ujednolicanie było na porządku dziennym. Tam pisze się w określony sposób, na który godzisz się podpisując umowę o pracę. Musi być zgodnie ze schematem ZŁY URZĘDAS - dobry obywatel, któremu ten URZĘDAS robi wbrew. Jeśli tak nie napiszesz, to i tak ci to napiszą redaktor 1 lub redaktor 2” (4/D).

Nierzetelny redaktor wychodzi poza schematy dopiero tam, gdzie do tekstu wkracza kłamstwo. Tekst przecież ma być ciekawy, ma przyciągać czytelnika: „Najbardziej było mi wstyd, gdy relacjonowałam proces pewnego oficera przyłapanego na szpiegostwie i w redakcji w Warszawie tak ktoś <podrasował> tekst, że wyszło, jakbym to ja tego szpiega złapała na gorącym uczynku” (5/T) - mówi była dziennikarka lokalnego oddziału ogólnopolskiego dziennika. Kłamstwo wydaje się więc tak atrakcyjne, że służy do „podrasowania” tekstu, zwrócenia na niego uwagi czytelnika. A nawet do zwykłego wydłużenia go, jak tutaj: „Chłopcy ze sportu popełnili wywiad z Mariuszem Pudzianowskim. Tekst był za krótki i został fantazyjnie wydłużony przez redaktora. Pudzian nie poznał w wywiadzie sam siebie i zadzwonił z budzącą trwogę groźbą, mówiąc redaktorowi, co mu zrobi, jak go złapie. Inny redaktor źle zrozumiał wypowiedź Dariusza Michalczewskiego i tak ją podkręcił, że uśmiercił mu matkę. Tiger też się zdenerwował i w krótkich, bokserskich słowach powiedział redaktorowi, że mu <przypierdoli>” (4/D).

W kontekście kłamstwa warto przytoczyć tu wspomnienie jednej z dziennikarek, które – choć umiejscowić je należy na marginesie rozważań dotyczących tekstów – pokazuje, jak dalece niektóre media kreują rzeczywistość: „Gdy pracowałam w tabloidzie <Beta> mieli tam zewnętrzną agencję foto, która dawała im bazę twarzy. To znaczy za kasę robili zdjęcia ludziom, którzy do nich pozowali. Rodzina siadała, odgrywała różne scenki - rozpaczy, radości, machali jakimiś rachunkami, przytulali się itp. I podpisywali zgody, że te zdjęcia będą mogły być wykorzystane z dowolnym podpisem redakcji. Jak mieliśmy temat, że ZUS dyma ludzi, to się go pisało, po czym wstawiało się zdjęcie rodziny X i podpisywało pasującą do tekstu historią, że Pan Marek Pikusiński nie ma za co żyć, bo ZUS go wydymał. I często dzwonili znajomi tych ze zdjęcia, że to żadni Pikusińscy tylko Kowalscy, że wcale ZUS ich nie dyma, tylko oni ZUS i dlaczego gazeta kłamie” – relacjonowała dziennikarka 4/D.

Ciekawe, że zdaniem Georga Steinera kłamstwo nie tylko nie musi być naganne, ale może być użyteczne: „W twórczej funkcji języka nieprawda lub prawda niepełna odgrywa [...] rolę narzędzia podstawowego. Istotny kontekst nie ma charakteru moralnego, lecz wiąże się z przetrwaniem. Na każdym poziomie, od prymitywnego kamuflażu po poetycką wizję, językowa zdolność do ukrywania, dezinformacji, podtrzymywania wieloznaczności, snucia hipotez i fantazji jest nieodzowna dla podtrzymania równowagi psychicznej człowieka, a także dla rozwoju społecznego ludzkości”.7 Krzyczące nagłówki tabloidów, jednolite stylowo teksty i duże fotografie przykuwają uwagę miłośników tego typu gazet. Wysoka sprzedaż zaś to gwarancja przetrwania gazety, która to gwarancja jest istotnym kontekstem „uatrakcyjniania” tekstu przez podrasowywanie go i dopisywanie.


Skracanie

Skracanie - ogólnie mówiąc - jest czynnością odwrotną do „podkręcania” (które dodaje do tekstu kolejne, choć fałszywe lub „spłaszczone”, treści i sformułowania). Jedna z badanych tak klasyfikuje skracanie: „Generalnie są dwie szkoły redagowania tekstów - jedna, która mówi, że muszą być uładzone, wygładzone i bardzo poprawne. Stąd też wycina się z tekstów wszystko, co jest dla autora charakterystyczne - ulubione zbitki słowne, zwroty itp. Wypowiedzi bohaterów też są redagowane do bardzo poprawnych, na przykład prosty człowiek zaczyna po zredagowaniu mówić hiperpoprawną polszczyzną i okrągłymi zdaniami. Druga szkoła redaktorska zostawia takie rzeczy, a skupia sie na tym, by tekst sam w sobie był poprawny i składny” (4/D). Pierwsza szkoła (co widać też po długości poświęconego mu wywodu) budzi emocje negatywne, druga – opisana jednym zdaniem – jest sposobem zmian w tekście, którym nie sprzeciwia się dziennikarz, o ile sam przyjmie, że zmiany służą poprawieniu tekstu.

Skracanie – według badanych – to najczęstsza, codzienna forma ingerencji redaktora w materię tekstu. Co nie znaczy, że dziennikarz jest w stanie to zaakceptować. Na przykład jedna z dziennikarek mówi: „Miewałam czasami (zapewne fałszywe) wrażenie, że oddałam coś lepszego, niż ostatecznie poszło do druku. [...] Nie zgadzam się z tym, czym lubią się podpierać redaktorzy, że nie ma takiego tekstu, który nie zyskałby po skróceniu. Zdarzało mi się widzieć cięcia ordynarne” (5/T).

Cięcie jest zarazem tą zmianą w tekście, o której dziennikarze najczęściej rozmawiają między sobą – skrót to przecież najłatwiej mierzalna ingerencja, najłatwiejsza do opowiedzenia i wyjaśnienia. Ankietowane przytaczają konkretne wspomnienia: „Był w redakcji jeden redaktor, którego nazywali <Szybka myszka>, bo najpierw skracał tekst jak popadło, a dopiero potem czytał, a może nawet nie. Kilka razy dzwonił do mnie, gdy już wyszłam z pracy i mówił: <Nie ma w twoim tekście danych>. Ja mówię <Jak to nie ma, były!>. A on radośnie oznajmiał, że w takim razie musiał wyciąć i czy czasem nie pamiętam. Oczywiście, że nie pamiętałam, zwłaszcza w autobusie, jadąc do domu i bez notatek. Kazałam mu wtedy sprawdzić notatki na moim biurku albo odsyłałam do strony internetowej” (2/D).

W przypadku redaktora „Szybka Myszka” możemy powtórzyć za Jeanem Baudrillardem, że „Informacja pożera własną treść. Pochłania komunikację i sferę społeczną [...] zamiast sprzyjać komunikowaniu, informacja wyczerpuje się w inscenizowaniu komunikacji. Zamiast wytwarzać sens, wyczerpuje się w inscenizowaniu sensu [...]. W coraz większym stopniu informację pochłaniają widmowe treści, władzę nad nią zdobywają homeopatyczne wszczepy, ogarnia ją sen na jawie o komunikacji”8. Steiner komentuje podobne zjawisko i choć wspomina o nim w kontekście tłumaczenia tekstu z jednego języka na drugi, to przecież redagowanie tekstu dziennikarskiego też w pewnym sensie jest tłumaczeniem z jednego języka na drugi - z zastrzeżeniem, że czytelnik nigdy nie zobaczy oryginału: „Pojęcie <restytucji>, przywrócenia równowagi między tekstem oryginału a jego przekładem, równowagi podważonej przez sam akt przekładu, prowadzi do niezwykle złożonych kwestii etycznych. Gdybym dziś pisał tę książkę od nowa, zwróciłbym baczniejszą uwagę na zagadnienie moralności przywłaszczenia przez przekład i na kwestię <transfiguracji>, czyli takie przypadki, w których waga i znakomitość przekładu usuwa w cień oryginał”9. W przypadku działań redaktora zwanego „Szybką Myszką” to dość przygnębiające, jego „przekład” bowiem kaleczy, pozbawia sensu i wypacza oryginał, odmawiając tak autorowi jak czytelnikowi możliwość obcowania z oryginalną informacją i pierwotną formą, w jakiej została ona przedstawiona. W innych przypadkach dzieje się tak z pożytkiem dla tekstu, czytelnika i autora, któremu przypisywane są zdolności, które w rzeczywistości posiada nie on, lecz sprawny redaktor, sprawiający, że „znakomitość przekładu usunęła w cień oryginał”. Z tym jednak, że osoby typu „Szybka Myszka nie usuwają oryginału w cień, lecz umieszczają jego sens w nicości, o czym traktuje kolejna wypowiedź: „Redaktor [...] miał taki miły zwyczaj, ze redagował teksty z prędkością światła, czytając bez zrozumienia. Kiedy, przy wlewaniu, coś mu się nie mieściło, ucinał ostatni akapit. Osobiście byłam świadkiem takich działań, akurat nie na moim tekście. Ale włos mi się na głowie zjeżył. Argument zawsze był jeden: <gazeta nie jest z gumy>”10 (4/D). Dziennikarze przyjmują ten argument, jednak nie godzą się na ślepe cięcia: „Długo trwało nim się nauczyłam, że długi tekst wcale nie musi być lepszy od krótkiego, na początku pisałam wielgachne elaboraty i ciężko przeżywałam, gdy mi je skracano. Teraz się z tego śmieję, ale wciąż nie lubię i nie rozumiem jak można ciąć tekst zupełnie bezmyślnie. Kiedyś redaktorka wyrzuciła mi z tekstu cały ostatni akapit, bo nie zmieścił się na kolumnie. Po prostu go wywaliła. Tekst się urywał. Ostatnio tak mi ścięto nie końcówkę, ale fragment jednego akapitu. Kompletnie stracił wtedy sens” (2/D).


Efekty zmian

Dziennikarskie metody walki ze ścinaniem do schematu można nazwać fortelami, bowiem mamy do czynienia z grą twórcy z redaktorem. Na przykład ten drugi bywa śledzony: „Na wszelki wypadek zawsze około godziny 23 (deadline był o północy, ale teksty do Internetu trafiały wcześniej) wchodziłam na stronę i czytałam swój tekst. Gdy znalazłam błędy, to dzwoniłam, by jeszcze zdążyli to poprawić nim pójdzie do druku” (2/D). Walka o autentyczność swojego tekstu zajmuje więc czas – autor nie tylko zbiera materiał, pisze, ale potem pilnuje artykułu w redakcji: „Co do samych potyczek przy redagowaniu, to zawsze starałam się walczyć o swoje teksty i pilnować ich aż do <wlania na stronę>. Wszystko zależało też od tego, kto je akurat <obrabiał>” (4/D). Bywa, że w grze o tekst występuje dziennikarska drużyna, a przynajmmniej debel: „Nauczyłam się sczytywać tekst po redaktorze, co wymagało dłuższego siedzenia w pracy. Czasem też prosiłam kolegę, który akurat miał dyżur redakcyjny, by przeczytał już złamany tekst na kolumnie i dał mi znać, czy wszystko gra” (7/T).

Z jakich powodów autorzy tak bardzo obawiają się zmian w tekstach? Tylko jedna z dziennikarek obawiała się skutków prawnych: „Miałam trzy sprawy sądowe i oczywiście nigdy na ławie nie było redaktora, który pogrzebał sobie w tekście. Mojej koleżance kiedyś tak podrasowano lead, że zrobił się z tego proces z ogromnym odszkodowaniem w tle. Tak ogromnym, że przegrana oznaczałaby zamknięcie gazety. Grzebiącym w leadzie był naczelny, więc siłą rzeczy był na ławie i – szczęśliwie dla mojej koleżanki – nie wypierał się” (5/T).

Inne osoby mówiły, że zmiany powodują w nich złość i frustrację, jak tutaj: „Nie spałam w nocy, a rano dopadałam gazetę, by się upewnić, że wszystko jest OK. Obawy przed zmianami są zdecydowanie frustrujące. Ja się o to zamartwiałam [...] Można przyzwyczaić się do ciągłych zmian, choć to trudne, zwłaszcza dla osób, które – tak jak ja na początku – wierzą, że mają mega wielki talent” (2/D). Respondentka 3/T określa „przyzwyczajenie” dobitniej - jako „znieczulenie”. Mówi: „Nie wiem, czy można się przyzwyczaić, ale na pewno można się znieczulić. Nie jestem obiektywna, bo jestem w takim momencie życia, gdzie takiego rodzaju problemy mam po prostu w dupie11, jednak ten moment minie i znowu będę się wściekać i irytować. Jednak to trudny wybór – albo piszesz jak każą i masz pracę, albo protestujesz i pracę tracisz”. Jednocześnie każda z badanych osób przyznaje, że zna dziennikarza, który nie zwraca uwagi na zmiany: „Nawet świetni dziennikarze mówią mi, że można przyzwyczaić się do tego, że nie pozna się tekstu” (7/T). Ale czy gdyby spytać tych dziennikarzy anonimowo, też by tak odpowiedzieli? Przecież w badaniu uczestniczyły równie dobre dziennikarki, tymczasem ani jedna nie wykazała indyferentnej postawy wobec zmian w ich tekstach.

Kolejne reakcje to odejście do innego tytułu medialnego z powodu ciągłych zmian w tekstach. Tak uczyniły dwie respondentki: „Koszmarki z czasów mojej pracy w dzienniku <Delta> widziałam dopiero w druku. Z <Delty> odeszłam” – mówiła dziennikarka 5/T, wtórowała jej 7/T: „Dłużej walczyłam o cofnięcie poprawek w tekście, niż pisałam tekst, a był porządny i poświęciłam mu dużo czasu. To były kolejne telefony, maile, aż w końcu pofatygowałam się do redakcji i zagroziłam, że wycofam tekst. Zmiękli, ale musiałam pójść na parę ustępstw. W efekcie, choć redakcja chciała, żeby jeszcze do nich pisać, nic więcej tam nie wysłałam. To nie na moje zdrowie”.

Odejście do pisania na innych łamach to ucieczka efektywna – autor znika „stąd”, pojawia się „tam”. Ucieczką nieefektywną jest podpisanie własnego artykułu cudzym nazwiskiem. To ostateczne zaprzeczenie autorstwa: tekst tak bardzo nie należy do twórcy, że ten się go wypiera. Jego praca ukazuje się w druku (pokazana jest czytelnikowi, czyli publiczności) pod nazwiskiem kogoś, kto nie istnieje. Sam autor też znika - jego nazwiska nie ma na łamach. Tak oto istnieją dwa niebędące byty - imię i nazwisko spod tekstu nie ma fizycznego odpowiednika w postaci osoby, osoba autora zaś istnieje, ale nie ma jej na łamach.

Autorka 3/T mówi o przyczynach usuwania swojego nazwiska z tekstu: „Zdarzało się, że walczyłam, bywało, że tylko narzekałam pod nosem albo wylewałam swoje żale redakcyjnym koleżankom. Zdarzyło się, że nie pozwoliłam tekstu podpisać swoim nazwiskiem, tylko zmyśliłam pseudonim”. Dziennikarka 6/T dodaje: „Kilka razy pisałam pod pseudonimem, bo nie zgadzałam się z tezą lub światopoglądem”, podobnie kolejna: „Gdy już musiałam robić coś, co wybitnie mi nie pasowało i to w sposób, który mi się nie podobał, podpisywałam się skrótem, a nie całym imieniem i nazwiskiem” (2/D). Autentyczność podpisu bywa jednak pewną wartością w redakcji, o czym przekonała się dziennikarka 4/D: „Zdarzało mi sie na etapie redagowania straszyć redagującego, że w razie daleko idących zmian w proponowanym przez niego kierunku moje nazwisko zniknie z podpisu. Może wstawić własne, jeśli nie będzie mu wstyd. Działało”.

Podsumowanie

Wyciągając wnioski z analizy zebranych informacji autorzy zauważają, że dziennikarz nie może liczyć na oświeceniowy, modernistyczny szacunek dla twórcy i jego dzieła, który „czciłby” jego intelekt i doceniał wkład pracy. Redagowanie artykułu zdecydowanie lepiej opisują pojęcia ponowoczesne. Czyżby patronem redaktora (zwłaszcza tego bezwzględnego i niedoinformowanego) mógłby zostać Jacques Derrida, ojciec dekonstrukcji, zmierzającej do zburzenia obecnej w tekście hierarchii pojęć, przemocy sensu, który organizuje tożsamość tekstu12? Choć teza ta wydaje się karkołomna, a praca redaktora wygląda na zbyt „przyziemną”, by sięgać po pojęcia z filozofii, to autorom niniejszej analizy redaktor jawi się jako dekonstruktor-praktyk. Jak pisze Norris13, dekonstrukcja pewnego zbioru filozoficznych założeń nie musi równać się podważeniu lub odrzuceniu całego przedsięwzięcia, w którym owe przesłanki odgrywają kluczową rolę. Nie można pomijać faktu, iż - jak z kolei przekonuje Geier - dekonstrukcja zwraca się przeciw logocentryzmowi twierdząc, iż filozofia „od początku nie zna żadnego środka tylko rozproszone ścieżki, nie zna fundamentu, lecz tylko swobodna rotację”, zaś logos, w którym kiedyś spotykać się miały istota bytu, prawda poznania i słuszność języka był tylko pewną maską, przebraniem14. Redaktor przecież zrywa (w swoim mniemaniu) te maski, odkrywa inne znaczenia tekstu, wychodząc z oświeceniowej potrzeby szukania obiektywnie „najlepszego” tekstu, nie wiedząc, że sam tworzy w ten sposób postmodernistyczną interpretację artykułu, który mógłby być zmieniany bez końca przez kolejnych redaktorów (co czasem ma miejsce).

W przedmowie do polskiego wydania „Pisma Filozofii”15 Bogdan Banasik zaznacza, że zwykle akcentowano dwa aspekty dekonstrukcji: filozoficzny projekt i metodę czytania tekstów. Dla niego zaś jest to „metoda analizy, która przesuwając akcent z semantyki na syntaksę, uwalnia rozpleniające się sensy w interpretacyjnej grze różnicy i powtórzenia, by w aspekcie krytyki dać sposobność do wielorakich odczytań tekstów literackich, w aspekcie zaś teorii rzucić nowe światło na problem statusu komentarza i prawomocność interpretacji”16, która nie jest pluralistyczna. Rzecz bowiem w tym, żeby uświadomić sobie, iż wszelka interpretacja jest uzurpacją, zakłada bowiem istnienie jakiegoś domniemanego sensu, logosu, sygnifikatu, przy czym w przypadku jakiegokolwiek tekstu w grę wchodzą jedynie układy odnoszących się do siebie sygnifikatów, sensów, znaczeń. Każdy tekst odnosi się do innego tekstu, zaś rola dekonstrukcji polegać ma na podążaniu śladem tych złączy i nawarstwień, wydobywaniu ukrytych znaczeń, odczytywaniu tekstu na nowo17 - tak jak odczytuje go najpierw redaktor, potem przerażony efektem tego odczytania dziennikarz, następnie czytelnik.

Czy redaktor i dziennikarz mogą dojść do porozumienia? Nie ma na to czasu. „Konkurencja na rynku medialnym - zwłaszcza na niezwykle <ciasnych> rynkach prasowych w krajach postkomunistycznych – zmusza dzienniki (a coraz częściej również tygodniki) do pośpiechu; jesteśmy świadkami, jak przymus prędkości [...] zaczyna oddziaływać w świecie mediów najbardziej wobec tej prędkości opornych – drukowanych. Prędkość - synonimiczna z <pośpiechem> - przeorientowuje dziennikarską wrażliwość” 18 - uważa Zbigniew Bauer. Przeorientowuje wrażliwość oraz - o czym mogliśmy się przekonać - metody pracy i sposób traktowania jej twórczych efektów. I o ile śpieszy się i dziennikarz, i redaktor, to jednak ten pierwszy ostatecznie mówi o zmienionym artykule niczym o własnym, pokaleczonym dziecku: „Kilka razy się zdarzało, że tekst zobaczyłam dopiero po wydrukowaniu i wtedy kaplica. Często też kłóciłam się o zdania, które szczególnie mi się podobały, a ktoś je wywalił, bo się czułam, jakby mi dziecko ukochane mordowali. Ale o ile to jeszcze da się przeżyć, znacznie gorzej, gdy ktoś pomyli dane albo napisze zdanie niepoprawne gramatycznie! Kiedyś mój tekst dostał jakiś makabryczny tytuł. Prawie się popłakałam” (2/D).

1 Dziennikarka oznaczona „7/T” - schemat skrótów wyjaśniony jest dalej we wstępie.

2 Zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 23 lutego 1994 r. (Dz.U. nr 80/2000, poz. 904) przedmiotem ochrony prawa autorskiego jest utwór definiowany jako „każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia”. Kategorie utworów odpowiadające podanej wyżej definicji, lecz wyłączone spod ochrony prawa autorskiego, to akty normatywne, dokumenty urzędowe, opublikowane opisy patentowe i proste, depeszowe informacji prasowe, czyli te, które nie zawierają komentarzy lub ocen.

3 Ciekawe, że zwykle Internet przeciwstawiany jest tradycyjnemu dziennikarstwu jako medium zabójcze dla gazet. Tym razem Internet „daje schronienie” artykułowi, który został zmieniony na użytek wydania papierowego.

4 J. Baudrillard, Symulakry i symulacja, Sic, Warszawa, 2005, s.15.

5 U. Eco, Semiologia życia codziennego, Czytelnik, Warszawa 1999, s. 26.

6 Gazeta jednak nie żyje jeden dzień, ponieważ teksty umieszczane są w archiwum wydawnictwa w Internecie. Jedna z autorek wspominała, że popełniła błąd w artykule o modyfikowaniu genomu kur. Następnego dnia ukazało się sprostowanie, ale w Internecie nie zostało powiązane z błędnym tekstem. W efekcie inni autorzy, korzystający w następnych latach z tekstu archiwalnego, powielali w swoich artykułach ten sam błąd.

7 G. Steiner, Po wieży Babel. Problemy języka i przekładu, Universitas, Kraków 2000, s. 319.

8 Jean Baudrillard, Symulakry..., op.cit., s. 101.

9 Georg Steiner, Po wieży Babel..., op. cit., s. 21.

10 I znów pojawia się przyjazne miejsce w postaci Internetu, w którym można złożyć cały, nieskrócony tekst, o czym mówi – trochę złośliwie - badana 4/D: „Każdy dziennikarz zgodę na skracanie tekstu musi przyjąć na klatę prędzej czy później. Gazeta nie jest z gumy! Jeśli nie jest w stanie się dostosować - pracuje w Internecie”.

11Podczas przeprowadzania wywiadu autorka była w trzecim miesiącu ciąży.

12 Por.: A. Folkierska, Filozoficzny dekonstrukcjonizm a edukacja, „Teraźniejszość. Człowiek, Edukacja”, 1999 z. 3, s. 13-25.

13 C. Norris, Dekonstrukcja przeciw postmodernizmowi, Universitas, Kraków 2001.

14 M. Geier, Gra językowa filozofów, Aletheia, Warszawa 2000, s. 28.

15 J. Derrida, Pismo filozofii, Inter esse, Kraków 1992, s. 10

16 B. Baran, Postnietzsche. Reaktywacja, Inter esse, Kraków 2003, s. 145.

17 Ibidem.

18 Zbigniew Bauer, Dziennikarstwo wobec nowych mediów, Universitas, Kraków 2009, s.16